piątek, 9 września 2016

Czy to nadal dzicz? Albania i Czarnogóra, wybrzeże- cz.3

W pozytywnych nastrojach zjechaliśmy z gór (klik!), żeby odwiedzić morze i odpocząć. Pierwsze co nas uderzyło na dole to upał. Okropny, mokry, nie dający oddychać. Patrząc z perspektywy psa do upału dodać należy nieludzko rozgrzane chodniki, a biorąc pod uwagę fakt, że zieleni w Albanii jest jak na lekarstwo- rozgrzane wszystko.




 krowy :D

Wycieczkę rozpoczęliśmy od zwiedzania półwyspu Rodonit. Miał być dziki, ale przywitała nas plaża z leżakami, prysznicami i toną ludzi. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że każda plaża i zatoka, którą znajdziemy zdecydowanie nie będzie ani dzika ani pusta.



Plaże na Rodonicie są głównie kamieniste, jeśli był gdzieś piasek, to kończył się po kilku krokach wgłąb wody. Widzieliśmy też sporo jeżowców, a na koniec dwudniowego postoju tam zaskoczyła nas ulewa. Sztorm targał namiotami przez całą noc i cały dzień idealnie oddając mój nastrój :D


Warto wspomnieć, że przy wybrzeżu psy są udomowione, bardzo łagdone i równie nachalne. Na każdym polu namiotowym czy przy resteuracji jest przynajmniej jeden przedstawiciel albańskich psów pasterskich, wszystkie są podobne w typie z różnymi odcieniami podpalanej maści. Psy które pasą mają cięte uszy i ogon to pracujące psy, które raczej nie są proludzkie, natomiast łagodne miśki wyglądają tak, jak suczka powyżej. Należy się przygotować, że te psy z chęcią podchodzą do ludzi i psów- nawet tych wrogo nastawionych, próbują wchodzić do namiotu i na kolana.



Albańczycy, jako młody kraj, uwielbiają swoją flagę narodową i flagi są widoczne praktycznie na każdym skrzyżowaniu, budynku, centrum handlowym czy hotelu. Równie bardzo uwielbiają USA, więc obok ich flagi wisi jeszcze flaga Amerykańska. Albania nie jest w Unii, ale flagę UE również lubią umieszczać w tym dziwnym komplecie. 


Kolejnym miejscem, o którym dowiedzielismy się od przypadkiem spotkanych polaków była mała zatoczka w dolinie rzeki. Miała być dzika, pusta i cicha, ale okazała się taka sama jak wszystko, co odwiedzilismy na wybrzeżu. Po przejechaniu ciężkiej, offroadowej drogi przywitał nas camping z imponującymi cenami, leżaki i.. tona ludzi!
Plaża była bardzo urokliwa, bez fal, Suri była zadowolona z pływania.  Namioty stały w cieniu drzew figowych, które można było zajadać prosto z drzewa.
Niestety wszędzie były wyłącznie kamienie, dzięki czemu nasze psy po dwóch dniach tam miały tak obolałe łapki, że ledwo chodziły. Opuszki nie były przyzwyczajone do takiego rodzaju obciążenia. Tamtejsze psy (tu również czekał na nas tabun nachalnych psów, które podchodziły i za nic miały odganianie) chodziły zupełnie normalnie. Praktyka czyni mistrza







Ludzie na campingach są nastawieni do psów neutralnie, nie witają się z nimi, ale też ich nie wyganiają. Ich psy chodzą wszędzie bez nadzoru. Do resteuracji nie wejdziemy z pupilem, trzeba usadowić się na dworze, w ogródkach psy są mile widziane.

 Szczeniak z ciętymi uszami. Psy, które są cięte mają zupełnie inne nastawienie- maluch szczekał, głośno domagał się dokarmiania i był raczej bojowo nastawiony do psów. Niczym mały malinois! :D


Prysznic. Radzę na nie uważać, z naszej wycieczki trzy osoby korzystały z tego dobrodziejstwa na campingu i te trzy osoby walczyły resztę wyjazdu z ropnym uczuleniem na skórze. Jednak lepiej byłoby korzystać ze swojej wody. Jednak nie da się odmówić klimatu takiej łazience :)


Suri była przeszczęśliwa ze spania w namiocie- w końcu bezkarnie mogła spać ze mną pod kołdrą i przytulać się ile tylko chce :)




Przy wyjeździe z Albanii chcieliśmy zwiedzić jeszcze jedno dzikie miejsce niedaleko Durres, które okazało się bazą marynarki wojennej.
Po krótkich negocjacjach ustaliliśmy, że dajemy 15 euro i.. wjeżdżamy na strzeżony teren wojskowy. Spotkaliśmy tam białe, kamieniste drogi, prześwietny tunel i dziwne, ciemne jezioro, na którym zamiast piasku czy kamieni były same muszle.
Drogi, poza samym miastem Durres, do którego prowadzi dwupasmowa droga z Tirany, nadal nie nadawałyby się do przejazdu normalnym samochodem.




Albańczycy wiedzieli, że Suri to malinois albo "service dog". Przypuszczalnie siły NATO, które jeszcze niedawno próbowały załagodzić konflikty na Bałakanach, miały ze sobą takie psy. Odsuwali się od Suri, mamrocząc "military" "service". Dzięki temu właściwie wszędzie Su miała na prawdę dużo przestrzeni ;)
Niestety pozostawiło to za sobą smutną modę- maliniaczki przywiązane do bunkrów, z łańcuchami na szyjach, w piekielnym upale. Maliniaczki w klatkach złożonych z klatek na ryby... Właciciele nie wychowują ich, tego ze zdjęcia mężczyzna uciszał rzucając w niego kamieniami. Bardzo przykry widok.


Durres nocą wygląda, pachnie i wydaje z siebie dźwięki egipskich miast. Przewijają się osoby w turbanach i burkach, czuć zapach przypraw i głośne rozmowy.
Albańczycy w miastach również wywarli na nas wrażenie miłych, łagodnych ludzi. Tu nie potargujemy się krzycząc do siebie jak w Kairze, nic z tych rzeczy. Jest na prawdę miło i kulturalnie.


CZARNOGÓRA 

Wybrzeże zdawało się mieszanką Czarnogóry i Rosji. Oba języki było słychać równie często, a osoba zaczepiona w języku rosyjskim w 99% odpowiadała płynnie. Wszędzie wisiały reklamy rosyjskich szkół, bilbordy pisane cyrlicą i charakretystyczne dla rosjan stroje dominowały na deptakach. Tak tak, w Czarnogórze zaczeły się już znane z Chowacji czy naszego polskiego morza deptaki pełne sklepów, dzieci i knajpek.
Nikt nie zwraca uwagi na psy, nie ma nakazu czy zakazu wejścia z psem. Do ogródków można wejść z psem, kelnerzy miło do nich zagadują, ludzie są nastawieni pozytywnie, czasami aż za bardzo.


Kotor zrobił na nas niesamowite wrażenie, jednak dla mniej wytrzymałych psychicznie i fizycznie psów odradzam wchodzenie tam- tabuny turystów, często próbujących z zaskoczenia dotykać psa, przepychanie się na wąskich schodach i gwar. Do tego gorące, mokre powietrze i nagrzane kamienie pod łapkami sprawia, że zwiedzanie murów to trasa dla mocnych psów.
Mury przypominają nieco mur Chiński, warto wybrać się zobaczyć. Wycieczka trwa około godziny w jedną stronę. 


Wyjeżdżając z Czarnogóry jechaliśmy wzdłóż niesamowitej rzeki- niestety bez cichych i nie przeludnionych zejść do wody. "Plastikowa" rzeka odprowadziła nas aż do granicy z Bośnią.



Podsumowując- wyjazd był świetny pod kątem socializowania psa, sprawdzenia jego wytrzymałości i stabilności psychicznej. Malin pozytywnie mnie zaskoczył- potrafiła spać po 20 godzin, nie przeszkadzał jej upał i ze stoickim spokojem znosiła turystów, psy, osły, krowy i kozy.
Dopiero na takim wyjeżdzie zdałam sobie sprawę z tego, jak twardego i zrównoważonego mam psa :)

Nie udało się nam znaleźć żadnej bezludnej ani dzikiej plaży, pomimo przejechania 3,5 tysiąca kilometrów.
Góry są wspaniałe, chętnie bym do nich kiedyś wróciła.
Wybrzeże jest za to przeludnione, gorące, brudne i kamieniste. Zdecydowanie bardziej lubię nasze jeziora, z trawiastymi brzegami, chłodną słodką wodą i spokojną okolicą.


7 komentarzy:

  1. Taka wycieczka to musi być coś, moje małe marzenie, zostawić wszelkie luksusy i pojechać w dzicz.
    Super, że wycieczka wam się udała i czekam na post co miała za sobą Suri :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Super! Czekam na kolejny wpis

    OdpowiedzUsuń
  3. Część 3 to tyle mnie już ominęło..:( szybko jadę do góry i nadrabiam zaległości <3.

    OdpowiedzUsuń
  4. Super, no to teraz czekam na część czwartą! :D

    PS
    Genialne zdjęcia!
    Nie było tam czasem wodospadów?

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiele ludzi poleca Albanię, może warto się wybrać? Super foty, gratuluje wakacji ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czyżby to szelki K9 Thorn? Poczytałabym o nich recenzję. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. We wrześniu ludzi tam mniej, nadal ciepło a i kolory robią się boskie ;)

    OdpowiedzUsuń

Podziel się swoją opinią! :)